Prawie czterdzieści lat temu młody i obiecujący ekstremalny narciarz Piotr Chrzanowski zmontował ekspedycję podobnych sobie zapaleńców na najwyższy szczyt Andów, Huascaran. Rok później przy próbie zjazdu o mało nie zginął, po długim upadku dwa dni czekał w śniegach na pomoc. Nie była to jednak próba całkowicie bezowocna; miejscowi wspinacze, którzy uratowali mu życie, stali się jego dozgonnymi przyjaciółmi, a Huascaran i jego okolice – dożywotnią fascynacją.
Prowincja Ancash i jej największe miasto Huaraz nieoficjalnie znane są jako peruwiańska Szwajcaria, bo rzeczywiście to jedyny bodaj przypadek na kontynencie, aby z ulic miasta można było podziwiać pokryte wiecznym śniegiem szczyty. Jednak czy to przez pamięć o aktywnej przed jeszcze kilkoma laty partyzantce Świetlistego Szlaku, czy może o tragicznym trzęsieniu ziemi które w 1970 roku zabiło w całej prowincji 80 tysięcy ludzi, turystyka nie kwitnie tak, jak miasto by tego chciało.
Tym bardziej do tej pory praktycznie nie istniało tam paralotniarstwo. Kilka dobrych przelotów zrobili przyjezdni piloci i obcokrajowcy mieszkający w Peru, jednak brak miejscowych szkół, a co za tym idzie brak rozpoznanych tras i startowisk sprawiał, że na przyjazd decydowali się tylko najodważniejsi, doświadczeni w wysokich górach paralotniarze. Aby to zmienić i spopularyzować Huaraz (które pierwszy raz odwiedził jako ruinę, dwa lata po trzęsieniu), Piotr wymyślił zawody. Ponieważ brak infrastruktury i dobrej znajomości terenu praktycznie uniemożliwia zorganizowanie tam przelotowych zawodów na dobrym poziomie, wyboru nie było: musiały to być zawody dla tych najlepszych i najtwardszych pilotów, otrzaskanych z górami i nie bojących się surowych warunków. Jednym słowem, X-Andes (rzecz jasna, przez analogię do słynnego X-Alps).
Wciąż pozostawała jednak kwestia jak ośmielić pilotów do przyjazdu w niesprawdzone miejsce. A nuż nie da się tam latać w ogóle? W końcu nawet twardziel i sportowiec woli jednak latać, niż biegać. W tym momencie Piotra olśniło i postanowił sprowadzić takiego lotnika, który nie to że biegać, ale samodzielnie nawet pełzać nie bardzo potrafi. Jeśli on pokaże że da się tam latać i przeżyć, nikt już nie powinien mieć wątpliwości.
W ten sposób zimą trafiła do mnie propozycja z gatunku nie do odrzucenia. W sytuacji, gdy nawet wyjazd w moje domowe Karkonosze wymaga wielu zabiegów i znalezienia chętnych do pomocy przy starcie, nie zastanawiałem się ani chwili. To była sytuacja jak ze słów znanej szanty – powiedzcie mi tylko gdzie ta keja, a przy niej ten jacht…
Przy kosztach życia na miejscu mniejszych niż w Polsce wszystko, czego potrzebowałem, to pięć tysięcy ma bilet lotniczy. Kiedy się znalazły, nie było już żadnego usprawiedliwienia i trza było lecieć. Że dziki kraj, że wielkie wysokości? No cóż, góry jak góry – jeśli normalnie żyją tam ludzie, to i ja dam radę.
W ramach przygotowań zaszczepiłem się na żółtaczkę i zważyłem wszystkie rzeczy, aby bez dopłat zapakować się w glajta i jeden bagaż podręczny. Swoją zwykłą wyjazdową apteczkę uzupełniłem o kwestie biegunkowe (przy życiu na wózku i braku dostosowanych toalet mogłaby mieć katastrofalne konsekwencje). Nad skrzydłem się nie zastanawiałem ani chwili - sterany Atak w wielu sytuacjach udowodnił, że mimo sporego wydłużenia jest bardzo bezpiecznym glajtem. Cmoknąłem więc żonę, podrapałem psa (za uszami) oraz kota (po brzuchu) i ruszyłem w drogę.
Podróż minęła bez sensacji, za jej duży skrót może służyć upojny wieczór spędzony na przeraźliwie pustym lotnisku (9h przesiadki w Madrycie). Za to w Limie nie zmarnowaliśmy ani minuty – niemal prosto z lotniska trafiłem na konferencję prasową przygotowującą górski festiwal (Semańa del Andinismo), a prosto z tej konferencji na start.
Nie ma tu żadnej przesady – Lima to jedyne bodaj miejsce na świecie, w którym na paralotni bez napędu można godzinami latać w środku wielkiego miasta, klepiąc stabilem po oknach wieżowców i zaglądając z góry do basenów na dachach. Co prawda nasz lipiec to tam teoretycznie środek zimy i na ogół frajdę o tej porze roku psują nisko wiszące chmury z nieustanną mżawką, ale na przyjęcie pilota specjalnej troski pogoda się zlitowała i ku zdumieniu miejscowych zafundowała nam cały dzień słońca. Odbyłem więc rytualne dwie godzinki latania na żaglu – dla mnie żadna sensacja, ale dla miejscowej telewizji i owszem, bo tam inwalidę a ulicy trudno uświadczyć, a co dopiero w powietrzu. Po lądowaniu udzieliliśmy stosownych wywiadów, od nielotów odebraliśmy stosowne wyrazy podziwu i udaliśmy się na nocny autobus w stronę prawdziwego, ambitnego latania.

Całonocna jazda z obsługą nie ustępującą samolotowej (jeśli amerykańskie samochody to krążowniki szos, ten autobus stanowił transatlantyk) przyniosła radykalną zmianę scenerii: po pięciomilionowej metropolii z duszną, wilgotną atmosferą miasta nad brzegiem oceanu wysiedliśmy o trzy tysiące metrów wyżej, w krystalicznym powietrzu serca Andów. Huaraz rzeczywiście sprawia takie wrażenie: leży w długiej dolinie wciśniętej między roziskrzone szczyty pasma Cordillera Blanca od wschodu, ze szczytami przekraczającymi 6000 m (Kordyliera Biała, nietrudno zgadnąć skąd nazwa – po jej drugiej stronie amazońska dżungla) i odpowiednio kontrastująca Cordillera Negra od zachodu. W tym przypadku nazwa pochodzi od spalonej słońcem trawy – to pasmo jest niższe, sięga niecałych 5000 m).
Po jednym dniu poświęconym na rozgoszczenie się i nawiązanie kontaktów (w końcu ktoś musi nas wywieźć na start, a wąskie, gruntowe drogi przez górskie wioski to nie byle jakie wyzwanie) zaraz następnego ranka ruszamy w górę. Spory Landcruiser z trudem mieści się między domkami z suszonej cegły a kukurydzą, ale bez większych kłopotów wywozi nas na start. Miejsce jest absolutnie cudne i w pełni usprawiedliwia szwajcarskie skojarzenia: stojąc na brzegu pięknego jeziorka mamy u stóp rozległą dolinę, z pilnującą owiec kobietą monotonnie nawijającą wełnę na motek ze śnieżnobiałymi szczytami w tle. No, może zamiast wysokich kapeluszy indiańskich kobiet i ich wzorzystych chust do Szwajcarii lepiej pasowałyby fioletowe krowy z napisem „Milka” na bokach, ale nie bądźmy drobiazgowi. Termika jeszcze nie całkiem się obudziła, więc mamy czas na ustalenie częstotliwości (zasięg komórki w górach nigdy nie jest oczywisty), wybór lądowiska (z tym jest trudniej, ciasna dolina obiecuje duży przeciąg i dużo drutów) i temu podobne szczegóły.

Po jakimś czasie palące na tych wysokościach słońce (myślałem że jestem dobrze zabezpieczony biorąc krem z filtrem 35, ale zakasował mnie kolega wyciągając z kieszeni filtr 90) budzi stok do życia, na starcie zaczyna sympatycznie wiać. Wbrew pozorom nie mamy dużo czasu, bo jest spora szansa że po następnej godzinie czy dwóch wiatr dolinowy rozdmucha się do stopnia uniemożliwiającego latanie, więc ku zdumieniu naszego szofera biali, podobno cywilizowani ludzie zaczynają się przygotowywać do zrzucenia z góry inwalidy – tak na próbę, żeby sprawdzić czy da się latać. Dla pilotów sprawa jest bardziej oczywista, bo jeśli oni polecą najpierw, nie będzie komu mnie wystartować, ale z boku sytuacja rzeczywiście wygląda kuriozalnie.
W końcu start. Przy dobrym wietrze idzie bezproblemowo, ale termika jest słabo zorganizowana i przez pierwszą godzinkę latam ledwo utrzymując wysokość jeziorka, co ma tę dobrą stronę, że wygłodniali filmowcy siedzący na starcie mają piękny cel – paralotnię latającą tuż przed nimi, na fantastycznym tle jakie tworzy Cordillera Blanca. Po paru minutach jednak w filmowcach zwyciężają piloci i jeden po drugim startują. Słabe bąble okazują się wymagające – w tej kolejności jak startowali, zjeżdżają po stoku w dolinę. Tymczasem ja na niewidzianym dotąd w peruwiańskich Andach Dudku ciułam kolejne dziesiątki metrów, aż uzbierawszy kapitalik dwustu nad start stawiam go na jedną szalę i przeskakuję na stromiznę wyżej z tyłu. Tu jest jakieś gołoborze, dające szansę że pociągnie za sobą powietrze wygrzane na wypłaszczeniu z jeziorkiem – a gdyby nic się nie udało, zawsze mogę wrócić nad start czy po prostu wylądować przy samochodzie. Stosunkowo szybko odkleja się jednak mój pierwszy prawdziwy andyjski komin, a wraz z nim i ja żegnam uroczą Wilcacochę. Po zrobieniu tysiąca metrów nie mam już dokąd wracać – zdmuchnęło mnie wzdłuż stoku dość znacznie, a samochód ruszył w dół – więc niejako automatycznie ruszam na przelot. Wiem że to pierwszy dzień i pierwsza próba więc nawet nie mam specjalnych ambicji, ale oszałamiająca perspektywa sięgających po horyzont ławic płaskich cumulusów obiecuje na przyszłość nieprawdopodobne latanie. Na razie skaczę na kolejną poprzeczną grzędę, gdzie grzecznie czekają trzy metry w górę, tam podkręcam parę setek i dalej przed siebie. Czuję się bezpiecznie, bo pod nogami całe kilometry lądowisk – dolina się tu wypłaszcza, rzeka niosąca żwir z lodowców ma szerokie koryto, ani śladu po ciasnym, zadrutowanym wąwozie pod startem. Jedyny problem to to, że te rozległe i puste góry są bezludne i pozbawione dróg – gdybym musiał siadać gdzieś na stoku, bo za długo zabawię się jakimś ulotnym kominkiem i nie będę w stanie wrócić do szosy pośrodku doliny, będzie poważny problem. Trzymam się więc na skraju, maksymalnie kominy i tak sięgają jakichś 4500 m czyli trochę poniżej wierzchołków Cordillery – z tym nawet co marzyć o odejściu wyżej w góry.
Po godzinie takiej zabawy kolejna grzęda w końcu nie daje noszenia, a że przy głównej szosie akurat mam w zasięgu dolotu miasteczko, nie zastanawiam się długo i idę do lądowania. Do upatrzonego stadionu nie dolatuję, siadam tuż przy murze, ale może to i lepiej – wzdłuż muru idzie ścieżka na której są już pierwsze dzieci, a klucza do bramy stadionu nie wiadomo gdzie trzeba by szukać. Po chwili oprócz dzieci są też dorośli – jestem pod wrażeniem, jak mimo braku porozumienia (mój hiszpański to na razie ledwie kilka słów) bez problemu zdejmują końcówkę skrzydła z kaktusa i pakują całość. Polscy kursanci potrafią dość długo męczyć się z rozplątywaniem linek, a ci ludzie bez żadnych kompleksów świetnie dają sobie radę, mimo że paralotnię widzą z bliska pierwszy raz w życiu. Zupełnie nie robi też na nich wrażenia wiadomość, że jestem latającym inwalidą. Momentalnie uznają że skoro nie chodzi, to trzeba go zanieść do taksówki, biorą na plecy i niosą. Ich otwartość i serdeczność sprawia, że bariera językowa nie jest taka straszna, a kieszonkowy słowniczek które przezornie zabrałem załatwia sprawę do końca. Na ryneczku (co prawda to klepisko, ale jakby nie było klepisko centralne) jeden z dwóch taksówkarzy godzi się odwieźć mnie 40 km do Huaraz i tak, luksusowo, kończy się pierwszy przelot.
Wracam nastawiony bardzo optymistycznie. Fantastyczne widoki, kosmiczne na pierwszy rzut oka warunki do latania, bezpieczna dolina z życzliwymi ludźmi, no i fakt że taksówka kosztuje mnie w przeliczeniu jakieś 30 zł obiecują wiele na następne dni. Niestety jak to w życiu bywa, rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Dzięki stałej i dobrej pogodzie latamy prawie codziennie, jednak z różnych powodów wciąż nie udaje się dostać pod kuszące codziennie chmurostrady. A to silny wiatr dolinowy rozwiewa noszenia i po godzinie zabawa kończy się wyżebranym toplandingiem, a to po zrobieniu pierwszego komina nie udaje się znaleźć następnego… najczęściej powodem jest jednak po prostu ogrom tych gór. Mimo dużych wysokości Cordillera Blanca jest dość połoga, w pewnym sensie to takie gigantyczne, porosłe suchą trawą połoniny – i o ile samo latanie wygląda bardzo bezpieczne, to wszelkie lądowania z dala od dróg (których zasadniczo nie ma) będzie z mojej strony maksymalną nierozwagą. Po górach są co prawda porozrzucane wioski, ale nie do każdej można się dostać samochodem (raz mijaliśmy grupę mieszkańców wynoszących na ramionach spory słup energetyczny). Konieczność zachowania dolotu do drogi sprawia zaś, że nie mogę próbować odejść nad główny grzbiet, a tylko tam można myśleć o dostaniu się pod chmury. Z przymusu robię więc cnotę i latam jak na siebie bardzo ostrożnie, robiąc zdjęcia i podziwiając widoki.

Przy jednym z lotów zbliżam się do pięciu tysięcy metrów i jest to pierwszy przypadek, kiedy zaczynam odczuwać wysokość – niewielka przecież praca ciałem w uprzęży przy turbulencji wystarcza, aby już pojawiła się zadyszka. Mniej więcej w piątym dniu zaczynam również wstawać z ciężką głową, co jest jednym z objawów spania na trzech tysiącach. Dlatego bardzo szczęśliwie się składa, że akurat wtedy mamy zaplanowany wypad nad ocean – nocleg na mniejszej wysokości (a tu wręcz na poziomie morza!) to najlepsze, czasem wręcz jedyne lekarstwo na takie problemy.
Wyprawa zaczyna się jak każdy inny wyjazd, może tylko szutrowa i wyboista jak zwykle droga tym razem jest szersza, bowiem prowadzi do położonej akurat na przełęczy kopalni. Rozmiary tych przeważnie odkrywkowych przedsiębiorstw robią wrażenie, potęgowane świadomością że wydobywane jest np. złoto. Zaangażowane są tu potężne pieniądze i już przestaje dziwić, że komuś opłacało się stawiać wieże wysokiego napięcia w środku niegościnnych gór.
Za przełęczą droga się zmienia – tu już nie jeżdżą kopalniane ciężarówki, tylko lokalne samochody i busiki. Wąska, kręta, zawieszona nad przepaściami i narażona na spadające z góry kamienie z pewnością potrafi nieobytych przysporzyć o kołatanie serca, tym bardziej że w zakamarkach skał i jaskiń na pewno kryją się niedobitki Inków i Apaczów :) Po godzinie jazdy stromo w dół zaczyna pojawiać się pierwsza zieleń, najpierw w postaci ubogiego prosa i żyta, później kukurydzy (przy czym to wszystko wciąż poniżej drogi, głęboko w dolinach). Po trzech godzinach i stu kilometrach (w linii prostej pewnie ze 40) docieramy w końcu w dolinę ewidentnie rolniczą – szeroka tu rzeczna równina umożliwia dobre nawodnienie pól i sadów. W końcu po 150 km opuszczamy góry i wjeżdżamy do nadmorskiego miasteczka. Na pewno nie jest to jednak miasteczko morskie, wygląda raczej jak rozbudowana stacja obsługi obsługująca transkontynentalny ruch na słynnej Panamericanie – jednopasmowej, ale dobrej jakości szosie ciągnącej się nadmorską równiną od Argentyny po Panamę. Ta równina to po prostu pustynia – takich skojarzeń z morskim brzegiem na ogół nie mamy, ale tu nie ma niczego poza setkami kilometrów pustki. Jedyne urozmaicenie, to że pustynia piaszczysta co parę kilometrów zmienia się w kamienną, a dochodzące do brzegu góry przeplatają się z ogromnymi piaszczystymi wydmami. Co tam Chłapowo, co tam Dune de Pyla – dopiero tu można w pełni puścić wodze fantazji. Na wydmie mierzącej 200 m wysokości i kilkanaście kilometrów długości można zrobić dosłownie wszystko, więc i my urządzamy sobie święto latawca. Oceaniczna bryza jest niezawodna jak w zegarku i mocna, jeszcze długo po zmroku można wisieć nad wydmą oglądając coraz dłuższe ślady reflektorów na szosie.

Następnego dnia powrót. Tym razem wspinamy się luksusowym asfaltem, tylko w kilku miejscach przeplatanym odcinkami na których wciąż trwa budowa. Nakład pracy konieczny do stworzenia takiej drogi w takich górach jest ogromny, ale ci ludzie od pokoleń przywykli do ciężkiej, systematycznej pracy i w ich oczach trwająca kilka lat budowa i tak dzieje się nieomal z dnia na dzień. Doceniam również niedawno budowane przez rząd federalny szkoły, doceniam szczerą dumę bijącą z powitalnej tablicy: w naszej wsi nie ma analfabetyzmu!
Ze startu na przełęczy 4300m kolejna godzina latania i kolejny raz, kiedy nie udaje się wyjść wysoko – tym razem przeszkoda jest warstwa silnej turbulencji na granicy powietrza morskiego i lądowego. Znów nad głową piękne chmury, niby do nich niedaleko, jednak wciąż są nieosiągalne. Siłą rzeczy kieruję się w dolinę, ale nie jest to pełen relaks – mimo pięknych śniegów Blanki w popołudniowym słońcu muszę uważać na wysokość, bo topnieje ona w oczach, a góry wciąż rozległe… w pewnym momencie kiedy wraz z dolina opcje naprawdę mi się zawężają, z ulgą widzę przy drodze biały samochód, a przy nim machające do mnie sylwetki. To na pewno nasi, kiedy ja sobie latałem musieli się znudzić i zacząć zjeżdżać – świetnie się składa, nie będę musiał długo czekać na transport. Przyziemiam jakieś 50 m poniżej drogi na stromym zboczu i… oczywiście okazuje się że to nie byli wcale nasi, tylko lokalna peruwiańska rodzina. Jednak i tym razem potwierdza się górska serdeczność i uczynność – bez mrugnięcia okiem mama bierze na plecy plecak z paralotnią, a ojciec z córkami pakują mnie we wzorzystą chustę i wynoszą do drogi. Żegnają się przestrzegając, że na dole w wielkich miastach to tylko złodziejstwo i bandyctwo, wsiadają do samochodu i znikają. Zjeżdżający z góry pół godziny później chłopcy kolejny raz nie mogą wyjść ze zdumienia, kiedy zamiast spodziewanego kłopotu z noszeniem czy zdejmowaniem z krzaków zastają mnie spakowanego i grzecznie czekającego przy drodze.
Po kilku dniach w poszukiwaniu dobrego latania jedziemy do Caraz, dwie godziny jazdy na północ w tej samej dolinie. I to okazuje się w końcu strzałem w dziesiątkę. Startujemy po stronie Cordillera Blanca, a samo miasto leży 800 metrów niżej od Huaraz i przeciągi dolinowe nie są tu tak silne, tak że już w kominie startowym udaje mi się po raz pierwszy zrobić podstawę. Na razie to tylko „skromne” 4800 m, ale i dwa tysiące do dna doliny – nareszcie jest z czym lecieć. Na wyciągnięcie ręki mam śnieżnobiałe szczyty i lodowce, ale nie starcza mi odwagi aby skierować się w ich stronę – do zwyczajowej obawy o lądowanie na bezludziu dołączają się rzeczywiście przepastne wąwozy, którymi z gór co jakiś czas spadają huraganowe wiatry z lodowców. Lecę więc mniej więcej środkiem doliny, podkręcając wysokość na kolejnych poprzecznych żebrach. Nie jest łatwo i paradoksalnie bardzo przydaje mi się praktyka z polskich równin – dryfowanie w turbulentnych (bo rozdmuchiwanych wiatrem), bezchmurnych jedynkach wymaga po prostu sporej cierpliwości, nie ma tu żadnych magicznych wielometrowych kominów. Szczegółowej nawigacji nie prowadzę, bo lecę cały czas wzdłuż jedynej drogi, zresztą nerwowe noszenia na małych wysokościach nie zostawiają czasu na refleksję. W końcu dolatuję do pożaru lasu, który obserwowałem przed sobą od dobrej godziny. Również i tu noszenie nie jest jakieś cudowne, ale stałe zasilanie pożarem pozwala mu przebić się w całości ponad dolinowy wiatr i ponownie doprowadza mnie pod chmurę.

Tym razem podstawa ma solidne 5400 m (bo po kilkudziesięciu kilometrach również dno doliny się znacznie podniosło), ale ja uznaję że pozwolę sobie na więcej. Mam całkowitą pewność, że jestem w powietrzu sam, więc pozwalam się wessać w chmurę. Dla stabilności zakładam klapy (robi się turbulentnie, a bez widoczności horyzontu nieprawidłowa reakcja na podwinięcie może łatwo się skończyć nawet katastrofą) i pilnuję kursu, żeby w chmurze nadal lecieć środkiem doliny a nie rozmazać się gdzieś o szczyty Kordyliery. Wysokość dochodzi do 5900 (zajęty kontrolą skrzydła nie obserwowałem, a błąd – dorobiłbym te brakujące 100 m :) po czym zaczyna się zmniejszać. Tym razem mimo rekordu i mocniejszej turbulencji nie miałem najmniejszego kłopotu z brakiem tlenu, widać po dwóch tygodniach jestem już dobrze zaaklimatyzowany. Wychodzę z chmury przed miastem, którego widok cieszy – odcinek doliny przed nim i za nim jest bardzo wąski i niebezpieczny przy lądowaniu. Mam jednak wciąż dużą wysokość i szkoda byłoby ją tak po prostu zbić, kiedy wiatr dolinowy pomaga w przelocie. Przeskakuję wiec na kolejny grzbiet za miastem i próbuję. Gdyby stąd jeszcze raz udało się wyjść wysoko, przed sobą miałbym luksusową płaskoć z pierwszego przelotu, no i dołożyłbym jeszcze trochę kilometrów…
Niestety. Jesteśmy stosunkowo blisko równika, tu dzień ma przez cały rok podobną długość, nie ma takich luksusów jak nasz zachód słońca o 20. Nie udaje się wykręcić, dla bezpieczeństwa przeskakuję jeszcze na kolejny, nawietrzny grzbiet – tam też nic – i pora pogodzić się z nieuniknionym. Dla ułatwienia transportu wypada zejść w dół bocznej doliny, jak najbliżej głównej, asfaltu i cywilizacji. Ale bliżej cywilizacji, to również bliżej drzew i drutów… zaczyna się najtrudniejsza część lotu. Na szczęście udaje się znaleźć przyzwoity kompromis i po ostrym zakręcie na klapach (obowiązkowych w ciasnej dolinie i turbulencji) siadam w przyzwoitym miejscu niedaleko gruntowej drogi, cały, zdrowy i szczęśliwy.
Przychodzą pierwsi wieśniacy i… zonk, odrobina hiszpańskiego którą zdążyłem podłapać i z której jestem dumny okazuje się nieprzydatna, bo wioska (o malowniczej nazwie Macashca) jest na tyle mała, że mówią tylko w keczua. Ze skrzydłem jednak tradycyjnie dają sobie radę bez problemu, a po chwili dociera też młodzieniec znający hiszpański. Boczna dolina okazuje się być wystarczająco bliska głównej by był w niej zasięg komórki, więc dzwonię do hoteliku, proszę o taksówkę i daję telefon miejscowemu żeby opowiedział dokąd ta taksówka ma jechać. A potem już tylko czekam na odsiecz, w blasku zachodzącego słońca ostatni raz oglądając pokryte wiecznym śniegiem szczyty.
W domu pierwsza radość - gps prawidłowo zapisał trasę - i druga: mam 77 km! To znaczy, że w jednym locie ustanowiłem dwa rekordy: swój osobisty rekord wysokości oraz rekord odległości z tego startowiska, bowiem miejscowi piloci uznają że latanie po stronie Cordillery Blanki jest niebezpieczne i po prostu tgo nie robią. Wszyscy się cieszą, po kłopotach ze startami na dużych wysokościach to w końcu nasz wspólny sukces. W internecie w ogóle jest trudno znaleźć jakiekolwiek większe loty w Peru, więc wygląda na to, że przez jakiś czas najdłuższy będzie lot inwalidy. Latynosi z ich kultem macho mogą mieć z tym pewien problem, ale najwyżej skłoni ich to do szybszego rozwoju paralotniarstwa u siebie :)
Na drugi dzień mam początki kataru i robię sobie odpoczynek – syt chwały i wrażeń nie jadę latać. Wieczorem okazuje się że mamy poważny problem: jeden z pilotów startujących z tego samego miejsca nie zgłosił się locie, nie pojawił w hotelu i do nikogo nie zadzwonił. Kiedy również ranek nie przynosi rozstrzygnięcia, wszczynamy alarm. Xavier Murillo to słynny pilot i fotograf, organizator zawodów PWC – niewiele jest na świecie bardziej znanych osób. Jednak to właśnie jemu przytrafiło się nieszczęście. Mimo akcji poszukiwawczej wspartej pieniędzmi z całego świata (zbiórka była konieczna, bo w Andach nie ma państwowego GOPRU ani śmigłowców ratunkowych) nie udało mu się pomóc na czas – jego ciało znaleziono wysoko na stokach Huascaran. Najwyraźniej skuszony widokami poleciał w stronę wysokich gór, tam robiąc zdjęcia stracił kontrolę nad skrzydłem, a częściowo otwarty zapas świadczy, że wysokości nie starczyło na ratunek. Smutna historia zmąciła wszystkim radość, również ja wolałbym nie robić tak pięknego przelotu, gdyby miało to nie wprowadzać tak radosnego nastroju…
Cóż można powiedzieć w podsumowaniu? Piękny kraj, piękne miejsca, piękni ludzie (duże ilości swobodnie łażących psów – najwyraźniej nie dzieje im się krzywda – świadczą o tym, że ludzie są życzliwi dla nich i dla siebie nawzajem).
No i piękne latanie rzecz jasna. Trudne, ale to też należy do przyczyn dających później tym większą satysfakcję. A że góry dzikie, że wielkie wysokości? Zgodnie z oczekiwaniami okazało się, że wszystko jest dla ludzi. Nawet dla tych na wózkach inwalidzkich, o ile zachowają rozsądek. Góry im większe, tym większe stawiają wyzwania i tym mniejszy margines błędu zostawiają. Jeśli uda się w nim zmieścić, jeśli uda się mimo oszałamiającego piękna zachować ostrożność, nagrody będą odpowiednio wielkie.
Dlatego nawet nie zamierzam odpowiadać na pytania czy nie boję się latać, czy nie boję się samemu wyruszać w podróż ma koniec świata. Bo to są pytania o to, czy nie boję się żyć.

Waiting for the unknown... ©Todd Lawson 2011







